|
Znajoma zapytała mnie ostatnio - co robię w wolnych chwilach. Stwierdziłam, że nic, bo pojęcie "wolnej chwili" jest mi zupełnie obce. Była bardzo zaskoczona. Ty z twoim zamiłowaniem do sztuki i wszelakiego rękodzieła nie masz żadnego hobby? – zapytała. Ano nie mam – odpowiedziałam – i pomyślałam o tym, że nie pamiętam kiedy ostatnio czytałam książkę dłużej niż pół godziny jednym ciągiem.
|
Przypomniałam sobie tą rozmowę kiedy przeglądałam czasopisma kobiece (w poczekalni u dentysty) i natrafiłam na całą masę ogłoszeń w stylu – “kursy decoupage dla początkujących”, “warsztaty plastyczne dla amatorów”, “kurs robienia biżuterii”, “jak odnowić własne meble – kursy renowacji dla amatorów”...
Skoro tyle tych ogłoszeń – muszą być chętni. A skoro tylu chętnych, to może zapanowała jakaś nowa moda na artystyczne hobby, o której ja, zapracowana, nic nie wiem. Wywalczyłam w domu dwa wolne weekendy i też zapisałam się na kurs. A że mam sentyment do francuskiego (wiosna, Paryż, kwitnące kasztany, wysoki brunet... ech, to były czasy) – wybrałam decoupage.
Jak się okazało - decoupage to nic innego jak stara chińska technika zdobnicza, polegająca na dekorowaniu przedmiotów poprzez naklejanie na ich powierzchnię papierowych serwetek, zdobionych przeróżnymi wzorami lub obrazków z innych materiałów. Jeśli jesteś cierpliwa, masz chociaż trochę talentu plastycznego i starannie wykonasz dekorację – będzie ona wyglądała jak ręcznie malowana. Co więcej, można stary, nieciekawy mebel przerobić na “wiekowy”, urokliwy “antyk” ze strychu naszej pra, prababci.
|
Nie żałuję, że zapisałam się na kurs – spędziłam czas bardzo przyjemnie i pożytecznie. Poznałam kilka ciekawych osób, nauczyłam się przyklejać serwetki na modelinowe oraz drewniane formy, tak, żeby się nie zaginały. Nauczyłam się nawet robić efekty spękań przy użyciu specjalnych farb. Ale to jeszcze nic, naładowałam się pomysłami i energią, którą postanowiłam wyładować w domu!
|
Po powrocie z kursu, pełna zapału, rozejrzałam się po dobrze znanych kątach, w poszukiwaniu ofiary mojego “talentu” i świeżo zdobytych umiejętności. Najbardziej naraziła mi się ostatnio bukowa komoda – drzwi z jednej strony były niżej niż z drugiej i nie dało się ich nawet siłą wyrównać. Niczym “Pomysłowy Dobromir” szybko wpadałam na pomysł, jak ze starej (miała już dobre dwa lata) komody zrobić mebel, który nie pozostanie niezauważony nawet przez pracownika gazowni odczytującego stan zużycia gazu. Następnego dnia zakupiłam stosowne materiały i przystąpiłam do dekorowania mebla, układając w myślach kolejność następnych przedmiotów "do liftingu".
Niestety – nie wszystko szło po mojej myśli. Oczyszczenie i przygotowanie powierzchni komody do dekoracji zajęło nie dwukrotnie, lecz czterdziestokrotnie więcej czasu niż myślałam (sprzątania nie liczę). Dekory nie były aż tak idealnie naklejone, jak pokazywała instruktorka na kursie. Nie zrażałam się jednak! Przecież wszystko zatuszuję spękaniami – pomyślałam. Niestety, to też mi nie wyszło. Po tygodniu walki z komodą, którą kryłam przed oczami wścibskich domowników, aby na koniec powalić ich na łopatki uzyskanym efektem – spasowałam. Komodę wyniósł na śmieci mój kolega – mężowi powiedziałam, że już była stara, no i i poza tym te nierówne drzwi... Trochę było mi żal, jak widziałam komodę odjeżdżającą na wózku nieciekawie wyglądającego indywiduum.
.jpg)
Prosty wniosek – nie zawsze wystarczą dobre chęci i zapał. Potrzeba jednak trochę talentu i umiejętności, których mnie niestety zabrakło. Dlatego z przyjemnością oglądam i podziwiam prace tych, którzy opanowali sztukę decoupage do perfekcji i wykorzystując swoje zdolności robią tak piękne rzeczy.
szantal |